Ależ ty mnie wcale nie słuchasz, Caroline. Franky Furbo naprawdę istnieje. Nie możesz o tym zapominać. Nie rozmawiamy przecież o świętym Mikołaju, wielkanocnym zajączku czy kras­ noludkach. Mówimy o Frankym Furbo! Jeśli on nie istnieje, to nic nie istnieje. Caroline patrzy na mnie uważnie. Przez ostatnie trzydzieści pięć lat nieczęsto zdarzało się nam rozmawiać na ten temat. Chyba trochę się go obawialiśmy, lękaliśmy się tego, co taka rozmowa mogłaby znaczyć dla naszego związku, naszego trybu życia. — Sam tak naprawdę w to nie wierzysz, Williamie. Wiem, że lubisz igrać z myślami, zastanawiać się nad istotą rzeczywistości, ale tym razem chcę z tobą po­ rozmawiać całkiem serio. W głębi serca zdajesz sobie przecież sprawę, że Franky Furbo nie istnieje. Nie może istnieć. To po prostu śmieszne. Patrzę na nią zaskoczony. Nie powinienem był odpowiadać. Tak wiele dla siebie znaczymy, a wszystko to zdarzyło się dawno temu, ale nie potrafię się powstrzymać. Caroline, wiesz przecie ż, że zwolniono mnie z wojska na podstawie paragrafu ósmego. Nigdy tego przed tobą nie ukry­ wałem.